Przeczytaj fragment ostatniego tomu "Trylogii czasu" Kerstin Gier. Premiera powieści - 22. lutego.
1.
Ostrze miecza było skierowane prosto w moje serce, a oczy mordercy przypominały czarne dziury grożące pochłonięciem wszystkiego, co tylko znajdzie się w ich pobliżu. Wiedziałam, że nie uda mi się uciec. Z trudem cofnęłam się o kilka kroków, ale mężczyzna natychmiast znów się do mnie przysunął.
– Zmiotę z oblicza tej ziemi wszystko, co niechciane jest przez Boga! Twoja krew zrosi ziemię!
Na końcu języka miałam przynajmniej dwie cięte riposty na to górnolotne rzężenie (Zrosi ziemię? Że co? Tu są same kafle!), ale zdjęta paniką nie zdołałam wykrztusić ani słowa. Ten człowiek nie wyglądał jak ktoś, kto potrafiłby docenić moje poczucie humoru. Ani jak ktoś, kto w ogóle je ma.
Chwiejąc się, postąpiłam jeszcze jeden krok w tył i oparłam się plecami o ścianę. Mój przeciwnik się zaśmiał. No dobra, może miał poczucie humoru, tylko trochę inne niż ja.
– Teraz umrzesz, demonie! – wykrzyknął i bez dalszych ceregieli zatopił miecz w moim sercu.
Podskoczyłam z krzykiem. Byłam cała spocona i bolało mnie serce, jakbym faktycznie została przeszyta ostrzem. Cóż za paskudny sen. Swoją drogą – czy powinno mnie to dziwić?
Wczorajsze przeżycia (i doświadczenia poprzednich dni) nie skłaniały do tego, by zagrzebać się z nimi pod kołderką i zasnąć snem sprawiedliwego. Raczej było tak, że niechciane myśli kłębiły mi się w głowie niczym wściekłe mięsożerne rośliny. Gideon tylko udawał. Tak naprawdę wcale mnie nie kocha.
"Zapewne nie musi robić niemal nic, a dziewczyny i tak za nim szaleją" – raz za razem słyszałam w myślach łagodny, głęboki głos hrabiego de Saint Germain. I jeszcze: "Nie ma nic bardziej przewidywalnego od reakcji zakochanej kobiety".
Jasne, a jak reaguje kobieta, gdy dowiaduje się, że została okłamana i zmanipulowana? Wiadomo: godzinami wisi na telefonie z najlepszą przyjaciółką, a potem siedzi bez snu w ciemnościach i zadaje sobie pytanie, dlaczego, u diabła, poleciała na tego typa, a jednocześnie z tęsknoty wypłakuje sobie oczy... no tak, bardzo przewidywalne.
Świecące cyfry budzika obok łóżka pokazywały 3.10, co znaczyło, że musiałam jednak usnąć i spałam nawet ponad dwie godziny. I ktoś – mama? – musiał wejść do pokoju i mnie przykryć, bo pamiętałam tylko, jak siedziałam na łóżku z podciągniętymi kolanami i przysłuchiwałam się, jak szybko, o wiele za szybko, bije moje serce.
Właściwie to dziwne, że złamane serce w ogóle jeszcze może bić.
– Mam wrażenie, że składa się z samych czerwonych szpiczastych odłamków, które rozcinają mnie wewnątrz, sprawiając, że się wykrwawiam – próbowałam przez telefon opisać Leslie stan mojego serca (no dobra, zabrzmiało równie patetycznie jak to, co rzęził ten gość z mojego snu, ale czasami prawda jest taka... kiczowata).
– Wiem dokładnie, jak się czujesz – powiedziała ze współczuciem Leslie. – Kiedy Max ze mną zerwał, na początku myślałam, że umrę z bólu. Że wysiądą mi wszystkie narządy. Bo w tych różnych powiedzeniach jest trochę prawdy: miłość leży na wątrobie, paraliżuje, łamie serce, hm... odbija się czkawką... Ale po pierwsze: mija, po drugie: sprawa nie jest taka beznadziejna, jak ci się wydaje, a po trzecie: twoje serce nie jest ze szkła.
– Z kamienia, nie ze szkła. – Westchnęłam. – Moje serce jest kamieniem szlachetnym, który Gideon rozbił na tysiące kawałków, zupełnie tak jak w wizji cioci Maddy.
– Brzmi wprawdzie całkiem spoko, ale nie! W rzeczywistości serca są zrobione z całkiem innego materiału. Naprawdę, możesz mi wierzyć. – Leslie odchrząknęła, a jej głos przybrał wyjątkowo uroczysty ton, jakby chciała mi właśnie zdradzić największą tajemnicę w dziejach świata. – Chodzi o materiał znacznie bardziej plastyczny i nietłukący, który zawsze odzyskuje swój pierwotny kształt. Wykonany wedle tajnej receptury.
Jeszcze jedno chrząknięcie w celu podkręcenia napięcia. Mimo woli wstrzymałam oddech.
– Marcepan! – obwieściła Leslie.
– Marcepan? – Na chwilę przestałam chlipać i musiałam się uśmiechnąć.
– Tak, marcepan – śmiertelnie poważnie powtórzyła Leslie. – Taki dobry, z dużą ilością migdałów.
Omal nie parsknęłam śmiechem. Ale potem przypomniało mi się, że jestem najbardziej nieszczęśliwą dziewczyną na całym świecie.
– Jeśli tak jest – odrzekłam, pociągając nosem – to Gideon odgryzł mi kawałek serca. I oskubał je z całej czekolady. Nie widziałaś, jak patrzył, kiedy... – przerwałam.
Leslie głośno westchnęła.
– Gwenny, przykro mi to mówić, ale twoje jęki nikomu na nic się nie zdadzą. Musisz przestać!
– Nie robię tego specjalnie – zapewniłam ją. – To moje wnętrze jęczy bez ustanku. W jednej chwili byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, a potem on mi mówi, że...
– Okej, Gideon zachował się jak drań – wpadła mi w słowo Leslie. – Choć trudno zrozumieć dlaczego. Bo niby o co chodzi? Że łatwiej kierować zakochaną dziewczyną? Ja bym powiedziała, że jest dokładnie odwrotnie. Zakochane dziewczyny są jak tykające bomby zegarowe. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy zrobią. Moim zdaniem Gideon i jego przyjaciel hrabia szowinista grubo się mylą.
– Ja naprawdę myślałam, że on mnie kocha. A to, że tylko udawał, jest takie... – Wstrętne? Ohydne? Chyba nie było słowa, które wystarczająco trafnie wyrażałoby moje uczucia.
– Och, kochanie! W innych okolicznościach, jeśli o mnie chodzi, mogłabyś się jeszcze całymi tygodniami oddawać rozpaczy. Ale teraz po prostu nie możesz sobie na to pozwolić. Potrzebujesz sił do innych rzeczy. Na przykład, żeby przeżyć. – Głos Leslie brzmiał niezwykle surowo. – Więc weź się teraz z łaski swojej w garść!
– Xemerius też mi to mówił. Zanim się zerwał i zostawił mnie samą.
– Ten mały niewidzialny potworek ma rację! Musimy teraz zachować jasność umysłu i zebrać wszystkie fakty. Fuj, a to co? Poczekaj, muszę otworzyć okno, Bertie puścił właśnie jednego z tych swoich obezwładniających bąków... niedobry pies! Na czym skończyłam? No właśnie, musimy się dowiedzieć, co twój dziadek ukrył w waszym domu. – Teraz Leslie mówiła nieco łagodniejszym tonem. – Powiedziałabym, że Raphael okazał się całkiem pożyteczny. Może nie jest wcale taki głupi, jak wszyscy myślą.
– Chyba: jak ty myślisz. – Raphael był młodszym bratem Gideona i od niedawna chodził do naszej szkoły. Odkrył, że w zagadce, którą pozostawił mi dziadek, chodziło o współrzędne geograficzne. One zaś prowadziły wprost do naszego domu. – Bardzo chciałabym wiedzieć, na ile Raphael orientuje się w tajemnicach Strażników i podróżach Gideona w czasie.
– Pewnie lepiej, niż można byłoby przypuszczać – powiedziała Leslie. – W każdym razie nie uwierzył w moją historyjkę, że w Londynie panuje właśnie moda na gry mistery. Ale był na tyle mądry, żeby o nic nie pytać... – Umilkła, a po chwili dodała:
– Ma dość ładne oczy.
– Faktycznie.
Jego oczy były naprawdę ładne, co przypomniało mi o tym, że Gideon ma takie same. Zielone, okolone gęstymi ciemnymi rzęsami.
– Nie robi to na mnie jakiegokolwiek wrażenia, ja tylko stwierdzam fakt...
"Zakochałem się w tobie" – Gideon mówił to zupełnie poważnie, patrząc mi przy tym prosto w oczy. A ja gapiłam się na niego, wierząc w każde słowo. Łzy zaczęły mi znowu płynąć i prawie nie słyszałam, co mówi do mnie Leslie.
– ... ale mam nadzieję, że to długi list albo coś w rodzaju pamiętnika, w którym dziadek tłumaczy ci wszystko, co ukrywają przed tobą pozostali, i jeszcze trochę więcej. Nie musiałybyśmy już błądzić po omacku i mogłybyśmy przygotować prawdziwy plan.
Powinno się zabronić posiadania takich oczu. Albo należałoby uchwalić ustawę, zgodnie z którą chłopcy z takimi pięknymi oczami mogliby chodzić tylko w ciemnych okularach. Chyba że dla równowagi mieliby ogromne ośle uszy czy coś w tym stylu.
– Gwenny? Chyba znowu nie ryczysz, co? – Teraz głos Leslie zabrzmiał zupełnie jak głos panny Counter, naszej nauczycielki geografii, kiedy się jej mówiło, że niestety zapomniało się zadania domowego. – Kochanie, to niedobrze! Musisz przestać dziurawić sobie pierś ostrzem tego dramatu! Musimy...
– ...zachować zimną krew! Masz rację.
Choć kosztowało mnie to sporo wysiłku, spróbowałam przegnać z głowy wspomnienie oczu Gideona i nadać mojemu tonowi odrobinę pewności. Po prostu byłam to winna Leslie.
W końcu to ona, nikt inny, bez mrugnięcia okiem wspierała mnie od wielu dni. Dlatego, nim się rozłączyła, po prostu musiałam jej jeszcze powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że ją mam (choć zaczęłam przy tym znowu trochę płakać, ale tym razem ze wzruszenia).
– A co dopiero ja! – zapewniła mnie Leslie. – Jakież nudne byłoby moje życie bez ciebie.
Kiedy się rozłączyłyśmy, dochodziła północ i przez kilka minut czułam się trochę lepiej, ale teraz, dziesięć po trzeciej, najchętniej znowu bym do niej zadzwoniła, żeby wszystko przerobić od nowa.
Z natury raczej nie jestem płaczliwa, ale po raz pierwszy w życiu byłam nieszczęśliwie zakochana. To znaczy tak naprawdę nieszczęśliwie zakochana. Tak, że aż boli. Wszystko inne zeszło na dalszy plan. Nawet kwestia przeżycia stała się drugoplanowa. Bo szczerze mówiąc, myśl o śmierci wcale nie była w tym momencie aż tak niemiła. W końcu nie byłabym pierwsza, która umarła z nieszczęśliwej miłości. Znalazłabym się w doborowym towarzystwie: Mała Syrenka, Julia, Pocahontas, Dama Kameliowa, madame Butterfly – a teraz także ja, Gwendolyn Shepherd. Plusem było to, że mogłabym sobie darować numer z ostrzem (dramatu), bo czułam się tak paskudnie, że na pewno zapadłabym na suchoty, a przecież taka śmierć jest znacznie bardziej malownicza. Leżałabym w łóżku, blada niczym królewna Śnieżka, z włosami rozrzuconymi na poduszce, Gideon klęczałby obok mnie i gorzko żałował tego, co uczynił, podczas gdy ja szeptałabym swoje ostatnie słowa...
Ale najpierw musiałam pójść do łazienki.
Miętowa herbata z dużą ilością cukru i cytryny była w mojej rodzinie uniwersalnym lekiem na wszelkie troski; wypiłam jej cały dzbanek. Moja mama od razu, ledwie stanęłam w drzwiach, zauważyła, że nie czuję się dobrze. To nie było wyjątkowe osiągnięcie, bo po tak długim płaczu miałam oczy jak królik albinos. Na pewno by mi nie uwierzyła, że w trakcie jazdy z kwatery głównej Strażników do domu musiałam w limuzynie kroić cebulę. Taką bowiem wymówkę zaproponował mi Xemerius.
– Czy ci przeklęci Strażnicy zrobili ci coś złego? Co się stało? – spytała, dokonując rzeczy wielkiej, to znaczy robiąc minę pełną współczucia i zarazem bezbrzeżnej wściekłości. – Zabiję Falka, jeśli...
– Nikt nie zrobił mi nic złego, mamo – pospieszyłam z wyjaśnieniem. – I nic się nie stało.
– Uważaj, bo ci uwierzy! Czemu nie opowiedziałaś tego o cebuli? Ty mnie nigdy nie słuchasz. – Xemerius tupnął gniewnie aż zadudniło.
Był małym kamiennym demonem-gargulcem z dużymi uszami, skrzydłami nietoperza, długim, pokrytym łuskami, smoczym ogonem i parą niewielkich rogów na głowie przypominającej łeb kota. Niestety, był tylko w połowie tak miły jak śliczny, i niestety, nikt oprócz mnie nie słyszał jego bezczelnych uwag i nie mógł mu się odpowiednio zrewanżować. To, że widziałam demony-gargulce i inne duchy i że od wczesnego dzieciństwa mogłam z nimi rozmawiać, było, nawiasem mówiąc, tylko jedną z tych dziwacznych cech, z którymi musiałam nauczyć się żyć. Druga była jeszcze bardziej dziwaczna i sama wiedziałam o niej zaledwie od dwóch tygodni, a mianowicie należałam do – tajnego! – kręgu dwanaściorga podróżników w czasie i codziennie musiałam na kilka godzin przeskakiwać gdzieś w przeszłość.
Właściwie to przekleństwo... tfu! – ten dar umiejętności przenoszenia się w czasie miała odziedziczyć moja kuzynka Charlotta, która nadawałaby się do tego znacznie bardziej, ale okazało się, że padło właśnie na mnie. W gruncie rzeczy powinnam była o tym wiedzieć od samego początku, bo to mnie zawsze trafiał się Czarny Piotruś, w sensie przenośnym. Kiedy ciągnęliśmy gwiazdkowe losy, zawsze dostawałam karteczkę z nazwiskiem nauczycielki (a co, na miłość boską, można kupić nauczycielce?), kiedy miałam bilety na koncert (lub właśnie czekałam na wyjazd na wspaniałe wakacje), na bank byłam chora, a kiedy zależało mi na tym, żeby wyglądać szczególnie dobrze, na czole wyskakiwał mi pryszcz wielkości trzeciego oka. Podróże w czasie trudno co prawda porównać z pryszczami i mogą się one nawet wydawać czymś godnym pozazdroszczenia i zabawnym, ale wcale takie nie są. Są raczej uciążliwe, wykańczające nerwowo i niebezpieczne. Nie zapominajmy też o tym, że gdybym nie odziedziczyła tego idiotycznego daru, nigdy nie spotkałabym Gideona, co znaczyłoby, że moje serce – z marcepanu czy nie – byłoby wciąż całe. Ten drań był mianowicie jednym z dwanaściorga podróżników w czasie. Jednym z nielicznych, którzy jeszcze żyli. Pozostałych można było spotkać tylko w przeszłości.
– Płakałaś – powiedziała rzeczowo mama.
– A widzisz! – zawołał Xemerius. – Teraz wyciśnie cię jak cytrynę, nie spuści z oka nawet na sekundę i nici z poszukiwań skarbu dzisiaj w nocy.
Miałam ochotę zrobić do niego minę, żeby pokazać, że dziś w nocy nie zamierzam szukać skarbu. Czyli zachować się jak człowiek wobec niewidzialnych przyjaciół, gdy nie chce, żeby inni wzięli go za wariata, bo gada z powietrzem.
– Powiedz jej, że sprawdzałaś spray pieprzowy i przez pomyłkę prysnęłaś sobie w oczy – zaskrzeczało powietrze.
Byłam jednak za bardzo wyczerpana, by szukać wymówek.
Spojrzałam na mamę załzawionymi oczami i spróbowałam po prostu powiedzieć jej prawdę. Oczywiście pomijając co nieco.
– To tylko... nie czuję się dobrze, bo... takie tam dziewczyńskie
sprawy, rozumiesz...
– Och, skarbie...
– Jak zadzwonię do Leslie, zaraz poczuję się lepiej.
Ku mojemu i Xemeriusa wielkiemu zdziwieniu mama zadowoliła się tym wyjaśnieniem. Zaparzyła mi herbatę, postawiła dzbanek wraz z moją ulubioną filiżanką w groszki na nocnym stoliku, pogłaskała mnie po głowie, a potem zostawiła w spokoju. Obyło się nawet bez zwyczajowych komunikatów godzinowych ("Gwen! Jest po dziesiątej, rozmawiasz już od czterdziestu minut! Przecież zobaczycie się jutro w szkole!").
Czasem naprawdę była najlepszą mamą na świecie.
Wzdychając, zwiesiłam nogi z łóżka, wstałam i powlokłam się w kierunku łazienki. Omiótł mnie chłodny podmuch.
– Xemerius? Jesteś tu? – spytałam półgłosem i wyciągnęłam rękę, szukając na ścianie kontaktu.
– To zależy. – Xemerius zwisał głową w dół z lampy w korytarzu i mrugał oślepiony. – Tylko jeśli nie zmienisz się znowu w pokojową fontannę! – Jego głos stawał się wysoki i płaczliwy, kiedy mnie naśladował, i to niestety dość dobrze. "A potem on mi powiedział, nie masz pojęcia, o czym mówisz, i wtedy ja mu powiedziałam, tak albo nie, a on na to powiedział: tak, ale proszę cię, przestań płakać...". – Westchnął teatralnie. – Dziewczyny są naprawdę najbardziej męczącym rodzajem ludzi, jaki istnieje. Zaraz po emerytowanych urzędnikach skarbowych, sprzedawczyniach w sklepie z pończochami i przewodniczących związków ogródków działkowych.
– Niczego ci nie zagwarantuję – szepnęłam, żeby nie obudzić reszty rodziny. – Najlepiej nie rozmawiajmy już-ty-wiesz-o-kim, bo w przeciwnym razie... hm... pokojowa fontanna znowu wytryśnie.
===================
Możesz też posłuchać całego prologi "Zieleni szmaragdu" w interpretacji Małgorzaty Lewińskiej:
Dostępny jest także fragment pierwszego rozdziału w wersji audio:
Przeczytaj też:
Wszystko o "Trylogii czasu"
|
dzisiejsza
data : 23
MAJ
miesiąc : MAJ 2012
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| wybierz miesiąc: | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
2012-05-25
Dzień Mleka :)
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||