Filip Bobek: Chodzę własnymi ścieżkami.
29-01-2009
Młody, utalentowany, megaprzystojny aktor, Marek z serialu Brzydula – tylko nam zdradza, dokąd chodził na wagary, co robił w technikum budowlanym, i na co zwraca uwagę, kiedy poznaje dziewczynę.
Pana największy szkolny koszmar to...?
Filip Bobek: Hm... matematyka i fizyka – prawdziwy dramat. Z matematyką było w pewnym momencie tak źle, że rodzice zapisali mnie na specjalny kurs. Po nim zostałem jednym z lepszych matematyków w klasie! Mój nauczyciel bardzo długo nie mógł uwierzyć w to, że radzę sobie z trudnymi zadaniami. Podejrzewał, że sprytnie ściągam i w ogóle nieźle kombinuję. Przekonał się, dopiero gdy kilka razy błysnąłem przy tablicy. Inny koszmar – ortografia. Jestem dyslektykiem i dysgrafikiem, moje pismo mało kto potrafi rozszyfrować (śmiech).
A najfajniejsze szkolne wspomnienie?
F.B.: Wycieczki, biwaki. To było dopiero coś! Wolność, swoboda, wyrwanie się spod skrzydeł rodziców, szaleństwa, wygłupy. Szczegółów absolutnie nie zdradzę... (śmiech).
Zdarzało się panu wagarować?
F.B.: Zabrzmi to niezbyt wychowawczo, ale, no cóż… zdarzało się. Czasami mama mówiła: „Filip, proszę cię, nie uciekaj ze szkoły. W tym miesiącu nie chcę iść na dywanik do dyrektora”. Niestety, bywałem przekorny. (śmiech).
Dlaczego pan tak zwiewał?
F.B.: Bo byłem leniuchem. Miałem też, i mam nadal, problem ze wstawaniem rano. Zajęcia, które zaczynały się o siódmej, były moją zmorą. Teraz też, kiedy mam wstać bladym świtem, idzie mi to baaardzo opornie.
Dokąd szedł pan na te wagary?
F.B.: Najczęściej do lasu, choć wiązało się to z ryzykiem, że natkniemy się, (wagarowałam zazwyczaj w towarzystwie kumpli) na kogoś, kto prowadzi tam właśnie lekcję WF. Często też chodziliśmy po mieście, daleko od szkoły – to było bezpieczniejsze. Niedawno z kolegą z planu przypominaliśmy sobie nasze wagarowanie. Stwierdziliśmy, że my, jak już wialiśmy, to tak, żeby nikt nas nie nakrył. Teraz widuje się młodzież, która na godzinkę, dwie wpada do knajpki naprzeciwko szkoły, żeby przeczekać jakąś lekcję. Czasy bardzo się zmieniły...
Jako nastolatek był pan punkiem, metalem...?
F.B.: Nie, nie utożsamiałem się z żadną subkulturą. Byłem spokojnym nastolatkiem. Oczywiście, nie licząc tego zwiewania ze szkoły (śmiech).
Od zawsze chciał pan zostać aktorem?
F.B.: Nie. Nie chciałem też, jak inne chłopaki, być strażakiem czy lekarzem. Rodzice bardzo chcieli pomóc mi w wyborze zawodu, więc ... wysłali mnie do technikum budowlanego. Już po dwóch tygodniach wiedziałem, że to absolutnie nie jest miejsce dla mnie. Zagroziłem rodzicom, że albo zmienię szkołę, albo... i tu użyłem mocnego argumentu. Zgodzili się. Niestety, okazało się, że w technikum muszę wytrwać do końca pierwszej klasy.
I tak trafił pan do liceum artystycznego?
F.B.: Tak. Chciałem być w klasie o profilu plastycznym, ale trafiłem do klasy muzycznej, gdzie uczyłem się grać na pianinie. Dziś już, niestety, nic nie pamiętam.
A skąd wzięło się aktorstwo?
F.B.: W czasie wakacji chciałem zapisać się na jakieś fajne warsztaty. Ktoś skierował mnie na zajęcia teatralne. Kiedy tylko tam trafiłem, od razu wiedziałem, że to jest to. Wkręciłem się i tak już mi zostało. Dlatego później zdecydowałem się na szkołę teatralną.
Z Julią Kamińską znaliście się z Gdańska?
F.B.: Nie, choć być może widywaliśmy się, nie wiedząc jeszcze, że kiedyś będziemy razem pracować (śmiech). Okazało się, że byłem w zespole teatralnym, do którego kilka lat później trafiła Julka, a nasze szkoły średnie ze sobą sąsiadowały. Jednak poznaliśmy się dopiero na planie Brzyduli.
Serial jest emitowany pięć dni w tygodniu, pewnie macie mnóstwo pracy?
F.B.: Oj, tak. Na planie jesteśmy od rana do późnego wieczora, a po powrocie do domu trzeba się jeszcze nauczyć tekstu na następny dzień. Czasami, po trzech ciężkich dniach, zastanawiam się, jak wytrzymam czwarty. A ile pracy mają Julia i Małgosia! Wielkie ukłony dla nich.
Uczy się pan tekstu z dnia na dzień?
F.B.: Czasami uczę się go na planie (śmiech). Scenariusz dostajemy wcześniej, jednak o tym, jakie sceny będą kręcone konkretnego dnia, dowiadujemy się kilkanaście lub kilka godzin przed. Na szczęście wystarczy, że przeczytam tekst dwa razy i już go pamiętam. A może to dlatego, że zżyłem się z moim bohaterem? (śmiech)
Zakochałby się pan w brzyduli?
F.B.: Pewnie że tak.
No, nie, nie wierzę.
F.B.: Faceci są wzrokowcami, owszem. Ja też oglądam się, przyglądam... Tylko co z tego, że dziewczyna jest piękna, jeśli nie da się z nią porozmawiać, nie ma nic do powiedzenia? Dla mnie najważniejsze jest wnętrze człowieka, jego ciepło, a nie ciuchy i wygląd. Nie idę za tłumem. Nie są dla mnie ważne opinie innych, zawsze wyrabiam sobie własną.
Jest pan trochę niedzisiejszy…
F.B.: Jestem spokojny. Nie lubię hałaśliwych imprez, a gdy obok mnie usiądzie ktoś, kto dużo mówi ,od razu się przesiadam. Mam wielu znajomych, ale tylko kilku prawdziwych przyjaciół. To mi wystarcza.
Gdy poznaje pan dziewczynę, na co zwraca pan uwagę?
F.B.: Na oczy, uśmiech, głos, sposób mówienia. No i oczywiście na intelekt. Lubię też, kiedy moje pierwsze wrażenie okazuje się mylne, a dziewczyna mnie czymś zaskoczy, zaintryguje (śmiech).
Czego dziewczyna, pana zdaniem, nie powinna robić?
F.B.: Palić papierosów, być gadatliwa i marudna. I przede wszystkim, nie może zapomnieć, że jest kobietą, czyli powinna np. dać się przepuścić w drzwiach...
Poczuł pan już na własnej skórze popularność, jaką dają seriale?
F.B.: Ktoś niedawno zapytał mnie, czy mogę jeszcze normalnie wyjść na ulicę. Opowiedziałem, że nie mam z tym problemu. Kilka dni później wybrałem się do galerii handlowej – chciałem szybko zrobić zakupy – i nagle poczułem, że ludzie oglądają sie za mną, a w sklepach patrzą mi na ręce! To było naprawdę krępujące. Popularność ma też oczywiście miłe strony, na przykład dostałem ogromne pudło, w którym był list od fanki. Chętnie bym na niego odpisał, ale adres mailowy jest niewyraźny…
Rozmawiała: Agnieszka Trojan
Artykuł ukazał się w „13” Magazyn Nastolatki nr 02/2009.